Jak nie zostałem gangsterem

Kiedy książki z serii „Masa o polskiej mafii” sięgały szczytów popularności, Masa powiedział mi: 

- filmowcy będą stali do nas w kolejce po prawa do ekranizacji. Znając trochę obyczaje, panujące w rodzimej kulturze popularnej, odparłem:

 - Nie, nie będą stali w żadnej kolejce. Po prostu przeczytają nasze książki, a potem, nie pytając nas o zdanie, będą robić filmy, udając, że nie mają nic wspólnego z tym, co napisaliśmy. Stworzą swoich bohaterów, swoich informatorów, swoje wersje. W każdym razie na tych filmach nie zarobimy ani grosza. 

Jarek uznał, że nie znam życia i kiedyś się przekonam, że to on miał rację. Ja się nie sprzeczałem, bo z reguły się nie sprzeczam. Czekam, aż czas pokaże, kto ma rację. 

Tyle tytułem wstępu.

 Niedawno na ekrany kin wszedł film w reżyserii Macieja Kawulskiego pt. „Jak zostałem gangsterem”. Nie jestem krytykiem filmowym, więc oszczędzę Czytelnikom mojej recenzji - wystarczy powiedzieć, że na tle całej masy (nomen-omen) podobnych filmów, ten wypada całkiem fajnie i można go bez większego wstydu pokazywać za granicą (czego w moim odczuciu nie można powiedzieć o filmach Partyka Vegi. Być może właśnie ma miejsce detronizacja tego twórcy, uffff). 

Oczywiście, film „Jak zostałem gangsterem” ma dla mnie drugie dno, i to dno jest najważniejsze: chodzi o Masę, który jest – jakby to powiedzieć? – nie do końca pozytywną postacią tego obrazu. W reklamie filmu pojawia się wierszyk, którego nie zacytuję w dosłownej wersji, bo staram się unikać wulgaryzmów (nie zawsze się udaje), ale brzmi on mniej więcej tak: „Masa ssie przyrodzenie”. Oczywiście chodzi o to, że Masa zostając świadkiem koronnym poszedł na współpracę z organami ścigania i pogrążył swoich kolegów z grupy pruszkowskiej (czego, rzekomo, nie godzi się robić, jeśli jest się naprawdę charakternym). No i takiemu, który sprzedaje kumpli należy się pogarda i status frajera (jeśli nie gorzej). Co więcej, film ten podobno został oparty na relacji jakiegoś gangstera z Pruszkowa (nie dowiadujemy się, co to za jeden, tak samo, jak Patryk Vega nie zdradził z jakimi to mokotowskimi gangsterami konsultował swój film), który twierdzi, że Masa był praktycznie nikim. Podczepił się pod legendę Rympałka (Marka Cz., szefa ramienia zbrojnego Pruszkowa – przyp. AG), a gdy ten poszedł siedzieć, Masa stanął na czele „rympałkowych sierot”. Z tym nie ma co dyskutować – wysłuchałem zbyt wiele relacji na temat początków Rympałka w Pruszkowie, wiem, jaka była jego pozycja na samym początku, żeby teraz „łyknąć” hita, że to Marek Cz. stworzył Masę. Rzeczywiście, Rympałek był i ważną, i groźną postacią, to fakt. Może nawet groźniejszą niż się wydaje. Jak przekonywał mnie Masa – zarząd mafii bał się go, ale jednak nie mówmy, że mitu Masy nie byłoby bez legendy Rympałka. 

W ogóle, po aresztowaniu Masy dwa lata temu, pojawiła się cała armia świadków tamtych czasów i ekspertów, którzy zaczęli podważać wszystko, co powiedział czy zeznał Jarek Sokołowski. Na początku przynajmniej zaroiło się od rewelacji, że Masa był o wiele wyżej niż to zeznał prokuratorowi i tak naprawdę to on kierował grupą pruszkowską. Potem zaś pojawili się ci, którzy zaczęli pomniejszać jego rolę w grupie przestępczej, a tym samym wiarygodność zeznań. „W d… był, g… widział” – twierdzili ci, którzy zaczęli sobie przypisać rolę, jakiej tak naprawdę nie odgrywali. Ba, znalazł się nawet autor wspomnieniowych książek, były gangster, który twierdzi, że choć był „na mieście” tyle lat, o Masie nigdy nie słyszał. Jasne, jasne. Zachowując wszelkie proporcje to tak, jakbym ja, jako autor książek powiedział, że nie słyszałem o Melchiorze Wańkowiczu. 

A Masa siedzi w celi i nie może się bronić, nie może prostować, nie może polemizować. Tak zwany mecz do jednej bramki…

I tyle w tym temacie, bo nie o tym chciałem pisać. Bardziej porusza mnie chęć przekonania widzów, że podejmując współpracę z policją i prokuraturą, Masa postąpił tak, jak prawdziwy, „sztywny” gangster nigdy by nie postąpił. Że był złym wyjątkiem w morzu braterstwa chłopców z miasta. Że był konfidentem, który pogrążył swoich najbliższych kumpli (tych samych, którzy podkładali mu bomby pod samochód). A inni konfidentami nie byli. 

Otóż historia polskiej przestępczości zorganizowanej to historia współpracy przestępców z policją, a wcześniej z Milicją Obywatelską czy Służbą Bezpieczeństwa. Można wręcz mówić o symbiozie dwóch światów – o gangsterach, którzy byli przez prawo koncesjonowani i doskonale poinformowanych oficerach. Przestępcy zyskiwali pewną bezkarność, a organy ścigania wiedzę na temat tego, co się dzieje na mieście. Oczywiście, nigdy to nie była wiedza pełna, tak samo jak i koncesje nie były dożywotnie i na wszystko. Nikoś, Ali, Pershing i wielu innych – oni utrzymywali kontakty z mundurowymi i to nie stanowiło wielkiej tajemnicy. Tak ten biznes działał. 

Potem pojawiły się formy instytucjonalne takiej współpracy: świadek koronny, świadek incognito czy tzw. sześćdziesiątka, zwana małym koronnym. I te instytucje rzeczywiście uderzyły w środowisko przestępcze, ale były niczym innym, jak konsekwencją wspomnianej cichej współpracy bossów z kryminalnymi. Masa zdecydował się na krok, na który zdecydowało się wieli przed nim, i po nim. Przecież grupa Rympałka została rozbita w efekcie zeznań świadków koronnych, w tym najbardziej znanego Jacka S. pseudonim Falconetti. W procesie grupy pruszkowskiej – i tej starej, i młodej – było kilku koronnych. Masa był jedynie najsłynniejszy, ale czy rzeczywiście to on najbardziej pogrążył mafię? A kto sprawił, że skutecznie rozbito szczecińską grupę Marka M. pseudonim Oczko? Gangsterzy, którzy poszli na współpracę, bo boss ich zawiódł w najtrudniejszym momencie. 

Tak naprawdę, do każdej grupy byli koronni i „nosiciele” sześćdziesiątek – bez nich walka z ośmiornicą byłaby wręcz niemożliwa. Dlatego robienie z Masy symbolu kolaboracji jest mocnym uproszczeniem na potrzeby widza, który lubi świat czarno-biały i nie ma ochoty na oddawanie się refleksji, jak to było w istocie. Pewnie, że fajnie jest być sercem za chłopakiem charakternym, który nie da się złamać, choćby przyszło za to zapłacić najwyższą cenę i pogardzać tym, który zdradził dla małych korzyści, ale, niestety, to wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane. Tak naprawdę, to jest mecz, w którym nie ma komu kibicować – najlepiej siedzieć na trybunach bardzo oddalonych od murawy… 

Ale powtarzam: film jako taki, podobnie zresztą jak „Underdog” – szacunek. Sam chciałbym konkurować na tym polu z Kawulskim.

Artur Górski