Głos milczącej większości

Dziwię się, że media w przedwyborczym poszukiwaniu tematów omijają jakoś kwestię, która wydaje mi się niezwykle ważna, a która cały czas pozostaje jedną wielką tajemnicą. Chodzi mi mianowicie o tak zwaną milczącą większość – o trudny do definicji byt społeczny, rzekomo zdolny do dokonania każdego przemeblowania na scenie politycznej. Gdybym był naczelnym jakiejś gazety (byłem kilkakrotnie, ale wtedy jakoś nie przyszło mi to do głowy), zleciłbym napisanie reportażu o tej dziwnej sile politycznej.


Po pierwsze, poprosiłbym o wytłumaczenie, czym jest owa milcząca większość – czy to są ci, którzy nie chodzą na wybory, bo żaden z programów nie przypada jej do gustu, czy może chodzą, ale wrzucają do urn kartki nietknięte długopisem (z tych samych powodów). Czy chodzi o niezdecydowanych, czy raczej pozostających w wiecznej opozycji wobec establishmentu? Czy na milczącą większość składają się ci, których poglądów nie da się przewidzieć, czy raczej nie da się przewidzieć ich działań, przynajmniej tych przy urnach? No i czy faktycznie ta większość stanowi większość? Kim są jej przedstawiciele, co mają w głowach, o czym marzą, jakiej Polski się domagają?

Kierując się intuicją, skłaniałbym się ku wersji, że chodzi o tych, których nie uwodzą obietnice żadnej ze stron politycznego sporu – nie wzruszają ich martyrologiczne apele prawicy, ale też nie podniecają ich obietnice, że już niedługo jednopłciowe związki małżeńskie staną się pożądaną normą. Nie wierzą w to, że ruskie czołgi za chwilę pojawią się na brzegu Wisły, i nie wierzą w to, że Bruksela, wspólnie z polskimi zaprzańcami, kombinuje, jak tu odebrać Polsce państwowość. Chodzi o tych, którzy nie postrzegają Kościoła jako wylęgarni wszystkiego najgorszego, ale którzy chodząc na mszę, mają poczucie, że ksiądz to tylko człowiek i nie ma co upatrywać w nim świętego. Milcząca większość uwielbia celebrytów, wpatruje się godzinami w newsy, publikowane na rozrywkowych portalach, ale informacje o niemoralnych uczynkach przedstawicieli tego środowiska kwituje krótkim: „wiedziałem, przecież to bagno”. Generalnie, milcząca większość ma poczucie, że bagno zalewa kraj (nie tylko kraj), a ci, którzy się pchają na najwyższe stanowiska będą stali na jego straży. Oczywiście, to tylko moja wersja – to mój prywatny portret zbiorowy milczącej większości.

Tak się składa, że kandydaci na prezydenta niekoniecznie próbują kokietować milczącą większość – może nie zadali sobie trudu przeanalizowania tego zjawiska? Wolą rzucać hasła pod kątem swoich zwolenników, przekonywać przekonanych niż zagrać o naprawdę dużą stawkę. Powiedziałbym wręcz, że z pomocą mediów wykpiwa się milczącą większość, czyniąc z niej przygłupią hordę Januszów i Grażyn, którzy nie widzą dalej od swojego grilla, więc nie ma co liczyć na ich świadomy udział w wyborach. Czy rzeczywiście?

Owszem, do tego elektoratu próbował docierać Władysław Kosiniak-Kamysz, przebąkując, że są gdzieś ci, którzy nie widzą wszystkiego w kategoriach czarno-białych, ale mam wrażenie, że jego próby nie odniosły sukcesu. Może niedostatecznie dobrze rozpoznał to zagadnienie. Pytanie, czy licząca większość wie, że jest milczącą większością? Czy ma poczucie swojej siły, czy też poczucie totalnego braku wpływu na wydarzenia w kraju?

Nie wiem, czemu, ale milcząca większość kojarzy mi się ze starą legendą o śpiących rycerzach pod Giewontem. Rycerzach, których nikt nie widzi (no bo śpią głęboko, głębokim snem), a którzy powstaną, gdy Rzeczpospolita będzie w śmiertelnym zagrożeniu. Powstaną i pogonią wroga. Tak się jednak składa, że od czasów narodzin tej legendy tych zagrożeń było bez liku – jedne udało się przezwyciężyć konwencjonalnym orężem, inne niestety zakończyliśmy na tarczy. A rycerze jak spali, tak śpią… Może w tej samej noclegowni śni swoje sny milcząca większość? Co Państwo o tym sądzą? 

Jeśli chodzi o mnie, to… uważam się właśnie za jednego z tych milczących. 

Artur Górski