A jeśli siedzą niewinnie?

 Jednym z tematów, do których często wracałem w rozmowach z Masą, była sprawa Adama Dudały. Byłego gangstera, związanego z grupą pruszkowską, który być może zasłużył na karę z tytułu obecności w środowisku przestępczym (zresztą swoje już odsiedział), ale czy zasłużył na karę, która została mu zasądzona? A zasądzono mu 25 lat więzienia za podwójne zabójstwo ponad 20 lat temu. Zabójstwo rzeczywiście brutalne, wykonane na zimno, z premedytacją, ale czy ponad wszelką wątpliwość przez Adama Dudałę? Tu pojawia się bardzo wiele wątpliwości, o których zresztą w ostatnim czasie jest bardzo głośno. 

Nie chcę tu wchodzić w detale tej bulwersującej sprawy, bo w internecie jest wystarczająco dużo informacji na jej temat. Wystarczy wspomnieć, że chodzi o zabójstwa popełnione w lipcu i sierpniu 1999 roku – pierwsza z ofiar, niejaki Kozyr, została śmiertelnie postrzelona w miejscowości Wiartel na Mazurach, a druga, szef agencji towarzyskiej „Czar Tygrysicy”, w Olsztynie. W jednym i drugim przypadku zabójcą miał być bliżej nieokreślony Adam z Warszawy, na którego trop naprowadził policję świadek koronny Sławomir R. pseudonim Woźny, człowiek wcześniej skazany za gwałt i próbę zabójstwa pięcioletniej dziewczynki. Człowiek, którego śledczy w przeszłości łapali na konfabulacji. Zresztą to drugie nie jest tu najważniejsze, bo i on nie był w stanie zbyt wiele powiedzieć o tajemniczym Adamie – tak czy inaczej, opis sprawcy według Woźnego miał się nijak do wyglądu Adama Dudały. Najważniejsze okazało się to, że Dudała w przeszłości kręcił się w półświatku i utrzymywał bliskie relacje z ożarowskim bossem Andrzejem K. Pershingiem oraz jego przybocznym – Robertem B. Bedziem. Czyli jak w słynnym filmie „Casablanka”: - aresztujcie tych, co zawsze. 

Dziś materiał dowodowy na rzecz niewinności Dudały jest naprawdę imponujący. Sama Fundacja Helsińska nie ma wątpliwości, że podczas śledztwa i procesu popełniono wiele błędów, że ukrywano niewygodne dowody, że manipulowano faktami. Masa wielokrotnie mi powtarzał: - Człowieku, jak Adam mógł zabić tych dwóch gości, skoro przynajmniej w jednym z przypadków imprezował ze mną nad morzem, kilkaset kilometrów od Mazur. Wielokrotnie mówiłem o tym policji, ale widocznie nie jestem dla nich aż tak wiarygodny. 

Nawet rodziny zabitych apelowały do wymiaru sprawiedliwości o uniewinnienie Dudały, bo były pewne, że to nie jest prawdziwy sprawca. Rzecz w tym, że inny Artur z Warszawy, pseudonim Pryszcz, który mógł być tym rzeczywistym zabójcą, już nie żyje. Dudała, skazany w 2001 roku, wciąż siedzi – sąd nawet nie wyraził zgody na przedterminowe zwolnienie go z zakładu karnego za dobre sprawowanie. Z prognozy kryminalnej wynika bowiem, że resocjalizacja nie dobiegła jeszcze końca i wypuszczenie Dudały na wolność może przynieść niekorzystne społecznie skutki. Samymi ewentualnymi nowymi poszlakami w sprawie sąd penitencjarny w ogóle się nie zajmował, bo, po prawdzie, to nie jego kompetencja. 

Nie chcę dalej drążyć tego wątku, bo mam zbyt małą wiedzę, aby podważać decyzję niezawisłego wymiaru sprawiedliwości. Mam wątpliwości, tak jak wielu, i na tym musze poprzestać. Chcę tylko się podzielić pewną refleksją. Otóż od lat jeżdżę po więzieniach i spotykam się osadzonymi, także tymi na ćwierć wieku i dożywocie. Wielu z nich zapewnia, że złamano im życie niewinnie – że siedzą za coś, czego nigdy nie popełnili. Jednym z takich osadzonych jest Janusz Cz., członek grupy tzw. Młodego Wołomina, skazany za brutalną podwójną egzekucję w jednym z podwarszawskich lasów. O jego sprawie napisałem książkę „Gang”. Rozmawiając z osobami, które brały udział w procesie, usłyszałem taką opinię na temat Janusza Cz.: „Gdyby pan zobaczył tę twarz podczas procesu, nie miałby pan wątpliwości, że to on jest mordercą”. No, właśnie te argument jakoś niespecjalnie mnie przekonał. Oczywiście dowody na niekorzyść Janusza Cz. też są mocne, nie zamierzam ich podważać – być może, skoro został skazany, to znaczy, że były wystarczająco mocne. Być może… Ale jeśli ani on, ani Adam Dudała nie popełnili tego, co im się zarzuca? 

Znam polskie więzienia, oczywiście z tej bezpiecznej, dziennikarskiej strony krat, i zapewniam, że żaden normalny człowiek nawet nie chciałby spędzić w nich ani dnia. Nie dlatego, że polskie zakłady karne są rażąco gorsze od światowego standardu. Nie, po prostu dlatego, że więzienie to miejsce straszne. Ten, kto mówi, że skazani mają wakacje na koszt podatników, sam powinien się przekonać, jak to jest na tych wakacjach. Posiedzieć w wieloosobowej celi, z której wypuszczają dwa razy w tygodniu na zajęcia świetlicowe, bez jakiegokolwiek kontaktu z bliskimi, z prysznicem raz w tygodniu, z współwięźniami, którzy potrafią doprowadzić do szaleństwa tego, kogo sobie wezmą na cel (tu opisałem warunki panujące w Aresztach Śledczych, po wyroku dolegliwości nieco łagodnieją, ale pamiętajmy, że w areszcie można spędzić kilka lat! Inna sprawa, że największą dolegliwością więzienia po wyroku jest beznadzieja – przecież już wszystko zostało rozstrzygnięte). Szczególnie beznadzieja boli na oddziale dla więźniów niebezpiecznych, gdzie osadzony jest rzeczywiście „osadzony” – tkwi sam w swojej celi i zamienia się w nieruchomą czerwoną plamę na ekranie strażników. Ci z wieloletnimi wyrokami przeważnie kilka lat spędzają na „enkach”. No bo przecież strach wpuścić ich między alimenciarzy czy fałszerzy faktur.

Zakładam, że Adam Dudała, jako były gangus, siedzi w tzw. sztywnej celi i cieszy się szacunkiem współwięźniów, ale Tomasz Komenda, który poszedł niewinnie siedzieć za zgwałcenie i zabójstwo nastolatki, na pewno nie cieszył się szacunkiem i dostał należną (choć w jego przypadku - nie należną) porcję piekła. W więzieniu nikt nie zastanawia się nad tym, że ktoś deklaruje niewinność, że w jego obronie stają autorytety – dostał wyrok, znaczy jest winny. Bo o winie decyduje sąd, a nie stan faktyczny (trudno, żeby było inaczej – nikt nie ma dysponuje ekranem, na którym wyświetla się prawdziwy przebieg zdarzenia, sąd też ma przeważnie bardzo trudne zadanie z oceną sprawy). 

Ten, kto trafia z wieloletnim wyrokiem do więzienia, przeważnie uświadamia sobie, że oto jego życie sypnęło się raz na zawsze i nie da się tego odbudować, że świat pójdzie do przodu, a on już nie nadąży za tym światem, że sypną się relacje rodzinne, że skończyła się szansa na jakąkolwiek karierę, że wszelkie, choćby drobne atrakcje, jakie oferuje wolność, są już poza zasięgiem. Do tego jeszcze dochodzi infamia czy jak kto woli – pogarda społeczeństwa. Pogarda, który odłamkowym trafia także w rodzinę. 

Jeśli ktoś wie, że jest winny, pewnie lżej znosi świadomość upadku. Tego, kto wie, że został skazany niewinnie, ta świadomość boli nieporównanie bardziej. I wtedy, gdy narośnie w nim rozpacz, zaczyna się zachowywać nieracjonalnie, czasami agresywnie, z biegiem czasu staje się utrapieniem dla władz zakładu karnego. A skoro tak, to gdy przychodzi proces przed sądem penitencjarnym o zwolnienie warunkowe, sędzia kręci głową: on się jeszcze nie nadaje na wolność. Fakt, jest więźniem trudnym. Ale jest trudnym dlatego, że eksploduje w nim bezsilna wściekłość człowieka zamkniętego niewinnie na malutkiej przestrzeni. Stąd już prosta droga do kar, które odsiadkę powodują jeszcze bardzie nieznośną. Rusza lawina i bardzo trudno ją powstrzymać. Wspomniany przeze mnie bohater książki „Gang” wielokrotnie mi powtarzał: „panie Arturze, zanim oszaleję do końca, wybujam się, nie dam im satysfakcji oglądanie mnie jako wariata”. 

 Powtarzam: jeśli ktoś zasłużył, trudno, musi to znieść. Ale temu, kto nie zasłużył i odsiedział, tak jak Komenda 18 lat, nic już nie zwróci tego, co przeszedł. Nawet pieniądze. Ale bądźmy szczerzy – oburzamy się, kiedy okazuje się, że Temida popełniła błąd. I trzymamy kciuki, aby niewinny jak najszybciej wyszedł na wolność. Lubimy happy endy i sytuacje, w których zwycięża sprawiedliwość. Ale kiedy mowa o milionowej gratyfikacji pieniężnej za stracone życie, społeczeństwo już nie jest tak chętne do przyklaśnięcia. Lubimy, kiedy ofiara przestaje być ofiarą, ale żeby od razu robić z niej krezusa, i to za nasze? A może jednak sąd miał rację, może on wcale nie siedział niewinnie? Trzeba się przyjrzeć jeszcze raz! 

Rzecz w tym, że żadne inne wynagrodzenie krzywdy nie istnieje. Bo co innego zaproponować? Abonament do kina, zniżkę na zakupy w hipermarkecie, darmowe przejazdy transportem miejskim? Wakacje pod palmami? A może stanowisko rzecznika prasowego jakiegoś ministra? Pieniądze też nie wszystko odbudują, ale chociaż są realną formą wsparcia i dowodem na to, że jest jakaś wspólnota, która pragnie przeprosić osobę skrzywdzoną przez tych, którzy decydują o winie bądź jej braku. Przez reprezentantów tej wspólnoty. 

 Artur Górski.